Polska panzerwaffe, czyli czołgi tak jak polska kawaleria w 1939 r.
Obecnie rozbudowujemy armię. Armię wprost przygotowaną na wielkie bitwy pancerne na Łuku Kurskim i na Wojnę na Pustyni z Irakiem.
Polska zakupiła 116 Abramsów M1A1 (powiedzmy sobie szczerze przestarzałych), 250 M1A2 SEPv3 Abrams (nie dostarczone póki co), 180 K2/K2GF, 180 K2/K2PL (dopiero będą wyprodukowane), do tego modernizujemy z 230 Leopardów, 76 Leopardów 2A4 modernizowanych do standardu 2PL, a kolejne 52 oczekują na modernizację.
Łączne koszty zakupu czołgów wyniosą 16,02 mld dolarów. Przy kursie 3,74 zł/USD daje to około 60 mld zł, jeśli kurs wzrośnie, to i koszt w złotych również wzrośnie. Dodatkowo należy doliczyć ponad 5 mld złotych kosztów modernizacji Leopardów i pozostałych Twardych. Czyli razem koszt wyniesie ponad 65 mld złotych.
Dodatkowo trzeba policzyć koszty serwisowanie i eksploatacji tych czołgów.
Abrams ma bardzo duże zużycie paliwa. W materiałach GAO dla M1A1 podawano około 165 l/100 km w określonych warunkach eksploatacyjnych.
Polskie materiały sejmowe używały natomiast wartości około 1500 l/100 km — ta liczba jest często przytaczana, ale należy ją traktować jako wartość odpowiadającą specyficznemu profilowi pracy, a nie uniwersalne spalanie podczas jazdy.
Dlatego przyjmijmy dla spokojnego modelu 500–1000 km rocznie na czołg i średnio 500 l/100 km. Czyli łączne koszty paliwa przy jego cenie 6 zł za litr wyniosą ok 11 mln złotych.
Największe jednak koszty generuje eksploatacja, amerykański GAO już na początku XXI wieku oceniał koszt eksploatacji Abramsa na około 181 USD za milę, przy czym była to wartość obejmująca części naprawcze, części zamienne i paliwo, ale bez większości kosztów personelu.
Co ważne, GAO wskazywało power-pack, czyli silnik plus przekładnia, jako jeden z głównych generatorów kosztów. Przy wysokim poziomie szkolenie jest to koszt około 400 mln złotych. Łączne koszty serwisowania na rok wyniosą około 0,5 mld złotych.
Łączny koszt jednego czołgu wynosi odpowiednio: dla Abramsa – 2,8 mln zł/rok, dla K2 – 2,0 mln zł/rok i dla Leoparda 2 – 2,2 mln zł/rok. Czyli łączne roczne koszty utrzymania floty Abramsow wyniosą ponad 1 mld złotych, K2 732 mln i Leopardów 805 mln. Dziesięcioletnie koszty wyniosą więc dla Abramsów 10 mld, dla K2 7 mld i dla Leopardów 8 mld. Łącznie same koszty eksploatacja w okresie 10 letniem to kwota rzędu 25 mld złotych, przy obecnym kursie dolara. Abrams w eksploatacji jest o 40% droższy od K2 i o 27% droższy od Leoparda.
Problem polega na tym, że obserwując dwie nowoczesne toczone obecnie wojny, czyli na Ukrainie i w Libanie, okazuje się, że czołgi są niemal bezbronne wobec ataku dronów.
Według źródeł izraelskich w Gazie zostało uszkodzonych ponad 500 Merkaw, z których 90% udało się naprawić, pamiętać należy jednak o tym, że Izrael ma tam pełne panowanie na polu bitwy. Na Ukrainie jednak najpierw Rosjanie ponieśli ogromne straty, a następnie podczas kontrofensywy Ukraina utraciła ponad 70 czołgów. Zarówno Challengery i jak i Abramsy zostały w wyniku tego wycofane na tyły.
Na serwisie Forsal ukazał się artykuł w którym opisane są doświadczenie ukraińskie.
Weteran wojenny Ołeksij Hetman w rozmowie z agencją Unian powiedział, że problemem nie jest sama konstrukcja maszyn, lecz nowe realia pola walki. Jego zdaniem czołgi nadal są potrzebne, ale muszą przejść głęboką transformację.
– My bardzo się z tego cieszyliśmy i mieliśmy nadzieję, że ta broń da nam choć niewielką przewagę. Okazało się, że nie. Te czołgi są tak samo podatne na zagrożenia – zarówno nasze, jak i radzieckie, oraz amerykańskie, brytyjskie, francuskie czy niemieckie – powiedział Hetman.
Według wojskowego problem nie dotyczy konkretnej konstrukcji. Zarówno czołgi produkcji zachodniej, jak i poradzieckiej funkcjonują dziś w środowisku, w którym dominują drony rozpoznawcze i uderzeniowe.
Hetman zauważył, że armie państw produkujących czołgi niechętnie przyznają, jak bardzo zmieniło się współczesne pole walki. Według niego dodatkowym czynnikiem są kontrakty zbrojeniowe warte miliardy dolarów. Publiczne podważenie skuteczności czołgów mogłoby negatywnie odbić się na ich eksporcie.
– Nie chcą tego przyznać, tak samo jak my nie chcieliśmy tego przyznać, gdy otrzymaliśmy Abramsy i Leopardy – stwierdził.
Zdaniem ukraińskiego eksperta rozwój technologii będzie prowadził do powstawania bezzałogowych pojazdów pancernych. Hetman przypomniał, że koncepcja zdalnie sterowanego czołgu pojawiała się już wiele lat temu.
W opinii ukraińskiego wojskowego kolejne generacje czołgów będą mniejsze, szybsze i bardziej zautomatyzowane. Coraz większe znaczenie będą miały mobilność oraz współpraca z systemami bezzałogowymi, a nie wyłącznie grubość pancerza.
Natomiast Wirtulna Polska opierając się na New York Timesie, podaje, że Siły Zbrojne Ukrainy niemal całkowicie zrezygnowały z używania zachodnich czołgów dostarczanych przez sojuszników z NATO na liniach frontu.
Z używania czołgów o wschodnim pochodzeniu również niemal całkowicie zrezygnowały.
Amerykański dziennik opisał sytuację 33. Brygady Zmechanizowanej, której Leopardy 2 zamiast regularnie pojawiać się na pierwszej linii, stoją ukryte w lasach, są remontowane albo wykorzystywane do zadań pomocniczych. Według cytowanych przez gazetę ukraińskich wojskowych wykorzystanie ciężkich pojazdów pancernych jest obecnie bardzo ograniczone.
Czołgi nadal są utrzymywane i załogi nadal szkolą się do ich obsługi, ale znalezienie dla nich bezpiecznego sposobu użycia stało się jednym z problemów ukraińskiego dowództwa.
Najważniejszym powodem są bezzałogowce. W ciągu kilku lat zmieniły one sposób prowadzenia ognia na całej głębokości pola walki. Dron nie musi być wyposażony w głowicę zdolną do przebicia pancerza czołgu. Wystarczy, że wykryje pojazd i w czasie rzeczywistym przekaże jego położenie innemu środkowi rażenia. Czołg może zostać zaatakowany przez FPV, ale może również zostać zniszczony przez artylerię, która otrzymała współrzędne celu od operatora drona.
I można to zrobić, nim pojazd dotrze na front. Rozpoznanie prowadzone przez bezzałogowce pozwala wykrywać pojazdy podczas przemieszczania się na stanowisko, w rejonie koncentracji, podczas uzupełniania amunicji, a nawet w czasie prób wycofania. Artyleria może wtedy zaatakować pojazd zanim ten znajdzie się na pozycjach wyjściowych.
Pole walki stało się więc znacznie bardziej przejrzyste, a ciężki pojazd znacznie trudniejszy do ukrycia. Analizy dotyczące działań w Ukrainie wskazują, że połączenie rozpoznania dronowego, minowania, artylerii i środków przeciwpancernych znacząco zwiększyło ryzyko użycia wojsk pancernych. Jest to cały system, który jest spinany przez system kierowania polem walki, a środki rozpoznania obrazowego odgrywają w nim główną rolę.
NYT" zwraca uwagę, że część zachodnich czołgów jest obecnie wykorzystywana między innymi do holowania uszkodzonego sprzętu. Jest to bardzo dobre rozwiązanie w przypadku, kiedy front jest nasycony środkami przeciwpancernymi. Tam, gdzie Ukraina ma możliwość wykorzystania przewagi w działaniach manewrowych, tam faktycznie czołgi i transportery opancerzone są używane. I radzą sobie bardzo dobrze, co było widać podczas lutowego kontruderzenia na południowym froncie. Tam kolumny zmechanizowane prowadziły czołgi. W tym zachodnie.
To samo zjawisko widać po rosyjskiej stronie. Rosja ma znacznie większy zasób czołgów, ale nie widać tego na froncie. W ostatnich dwóch latach uderzali przede wszystkim siłami plutonu pancernego, czyli maksymalnie trzech czołgów. Użycie większych sił pancernych można było policzyć na palcach jednej ręki i nie zdarzyło się, żeby wykorzystano większy pododdział niż kompania. Mimo tego, że prowadzą uderzenia, starając się zdobyć teren, po doświadczeniach z pierwszych lat wojny Rosjanie zaczęli stosować czołgi bardziej selektywnie, a w wielu przypadkach wykorzystują je do prowadzenia ognia z większej odległości. Zupełnie jak to robią obecnie Ukraińcy.
Rosjanie co prawda nadal używają czołgów podczas natarć, ale ich sposób działania także się zmienił. Zamiast dużych kolumn pancernych częściej pojawiają się pojedyncze pojazdy albo niewielkie grupy pojazdów opancerzonych zbudowanych wokół plutonu czołgów, wspierające piechotę. Czołg ma dotrzeć do określonego punktu, zapewnić wsparcie ogniowe, a następnie możliwie szybko wycofać się spod obserwacji dronów. Zwłaszcza że Rosjanie mają jeszcze większy problem z systemami antydronowymi, które chroniłyby pojedynczy pojazd, niż Ukraińcy.
Jak więc widać wywalamy 90 mld złotych na sprzęt, o którym wszyscy wiedzą, że jest już przestarzały. W przypadku wojny czy to z Rosją, czy z Ukrainą, nasze brygady pancerne zostaną po prostu zmasakrowane i będą warte tyle samo co brygady kawalerii w 1939 r. Doświadczenia obecnych wojen wskazują, że kolejna generacja czołgów, to będą pojazdy mniejsze, lżejsze i prawdopodobnie bezzałogowe wyposażone w drony.
Kolejny Abrams M1E3, który ma być lżejszy, oszczędniejszy, bardziej modułowy i lepiej dostosowany do pola walki z dronami i bronią dalekiego zasięgu.
Pozostaje proste pytanie, jaki jest sens zakupu broni, która w chwili dostawy już jest przestarzała.





Komentarze