Czy czas kacyków dobiega końca?
- 8 godzin temu
- 4 minut(y) czytania
Do całkiem niedawna w mediach był grzany temat konieczności likwidacji ograniczeń dwukadencyjności dla prezydentów miast polskich.
No bo przecież wiadomo, że oni wszyscy nie śpią po nocach, ręce sobie urabiają po same łokcie jedynie po to, aby nam, wszystkim Polcom i Polakom żyło się jak najlepiej. Broń boże w tym wszystkim nie chodzi wcale o kasę, oni wszyscy robią to za grosze, niemal na zasadzie wolontariatu.
Analizują, debatują, decydują, a po drodze do domu biorą w ręce puszkę farby i mopa, aby przy okazji jeszcze pomalować płot przedszkola, wytrzeć podłogi staruszkom, przeprowadzić dzieci przez ulicę, pozbierać śmieci przy szkole i popchnąć samochód, który nie chce odpalić. I dziwnym trafem, jakoś zawsze przechodzi tamtędy niezależny fotograf, który bez ich wiedzy przypadkiem robi im sesję zdjęciową, która później publikowana jest w Internecie.
Pamiętacie to?
"Nad wszystkim czuwa gospodarz domu, nie da on krzywdy zrobić nikomu.
Wszystkim pomoże, o każdej porze, mój Boże!”
Jak się okazuje Bareja wiecznie żywy. W sumie jednak trzeba przyznać, że ta prymitywna strategia do całkiem niedawna a w wielu miejscach nadal, działa. Lud serio łyka numer z malowaniem płota i przypadkowym fotografem.
Dlatego ponieważ Kacykowie plemienni tak bardzo chcieliby poświęcać się dla dobra społeczności najlepiej do samej śmierci, a po niej zgodnie z prawami średniowiecznego feudalizmu chcieliby przekazać berła rządów swoim latoroślom, zaczęli się domagać zniesienia ograniczników kadencyjności.
Argumenty przy tym były dosyć osobliwe, a mianowicie, że co oni niby będą robić.
No właśnie sam nie wiem, może w końcu po raz pierwszy w życiu poszukają normalnej pracy?
Przecież tacy genialnie ekonomiści bez problemu poradzą sobie na współczesnym rynku pracy.
Ja wiem, że to głupi pomysł, ale taki mi się jakoś nasunął.
I wszystko szło gładko i pięknie aż tu nagle okazało się, że kołderka jest coraz bardziej krótka i miastom zaczyna coraz bardziej brakować pieniędzy.
To też w sumie ciekawy temat, ponieważ Tusku rzecze, że budżet państwa ma mniejsze wpływy z powodu przeznaczenia większych środków na samorządy, a samorządy w tym samym czasie, kierowane przez tych samych tuskowych ludzi mówią, że nie mają pieniędzy, bo dostały mniejsze dotacje. No przyznacie, że to ciekawe zagadnienie. Moim zdaniem jak byk wina Putina, to on zadłuża potajemnie polskie samorządy.
Sprawa zaczęła się sypać w zeszłym roku w Zabrzu, gdzie w maju po zaledwie rocznych rządach odwołano Rupniewską, z PO. Poniektórym w tym momencie włączyła się czerwona lampa. Ale w tym roku zaczyna się o wiele poważniej, lud chce odwołać Wołosza w Bytomiu i Miszalskiego w Krakowie. No nie zgadniecie, obydwaj z PO. O ile Bytom to miasto powoli tonące, w którym do tej pory żaden prezydent się nie sprawdził bez względu na opcję polityczną, to sprawa Miszalskiego w najbardziej po Poznaniu lewackim mieście w Polsce, jest dosyć ciekawa. Już tak przy okazji w Częstochowie prokuratura oskarżyła o korupcję Matyjaszczaka, ten dla odmiany z Lewicy, więc też z Uśmiechniętych. Sprawa Miszalskiego jest bardzo istotna ponieważ tempo zbierania podpisów pod referendum jest błyskawiczne, obecnie już jest ich 80000 a celem jest 100 000. Oczywiście za wszystkim zdaniem Tuska i jego przydupasów stoi jakżeby inaczej skrajna prawica, aż dziw że jeszcze Putin się nie pojawił, choć sprawa jest rozwojowa, więc wszystko możliwe.
Miszalski jest istotny, bo gdyby się okazało, że on polegnie, mogą za nim pójść na taczki inni kacykowie z PO.
Ktoś się może zastanawiać co właściwie się dzieje.
Wbrew pozorom temat jest prosty, nasza polityka została opanowana na wszystkich poziomach przez miernoty. Do tej pory jakoś to się turlało, bo wszyscy oni poznali świat łatwych rat. Budżety były dopinane wyprzedażą gruntów i zadłużaniem miast po kurek. Dopóki była era zerowych stóp procentowych a państwo nie miało deficytu to wszystko jakoś niczym baron Munchausen działało. Ale raj zerowych stóp procentowych się skończył, Tusk narobił gigantycznych deficytów budżetowych, powoli samorządy nie mają już co sprzedać, wszędzie nastąpił przerost biurokracji, długi dobiły progów i nagle kołderka stała się za krótka. Trzeba było zacząć szukać pieniędzy żeby to wszystko podopinać. Przestało być fajnie. I nagle lud zaczyna się budzić.
Problem w tym, że po drugiej stronie nie ma nikogo lepszego. Polityka polska stoczyła się na samo dno. Przegoniono wszystkich wartościowych ludzi. Nikt nie chce się w tym łajnie tarzać, więc te odwołania nic nie dadzą poza zmianą opcji politycznej.
W Polsce przyszedł czas na zmiany, niestety dopóki co, wszyscy chcą zmian na zasadzie „teraz JA”. Zamiast durnych, słomianych, nikomu niepotrzebnych inwestycji przyszedł czas oszczędności. Nadchodzą ciężkie czasy, potrzebni są ludzie z wizją i praktycznymi umiejętnościami, najlepiej prowadzący dobrze własne firmy, problem w tym, że po pierwsze tacy ludzie nie mają zamiaru wchodzić w politykę, a po drugie, lud i tak ich nie wybierze.
Więc póki co, wszystkie samorządy w Polsce przypominają weselną zabawę z krzesłami i muzyką, na razie muzyka gra a wszyscy się cieszą, problem się zacznie gdy muzyka przestanie grać i okaże się, że dla części brakuje krzeseł.
Aczkolwiek jest też aspekt pozytywny tej sytuacji. Społeczeństwo zaczyna uzyskiwać świadomość obywatelską, zaczyna rozumieć, że to nie ono jest dla władz, ale władze dla niego. Prezydent to nie jaśnie pan hrabia dający głaski na prawo i lewo w nagrodę za służbę, lecz zwykły pracownik najemny społeczeństwa, które mu płaci grube pieniądze aby rządził zgodnie z jego, a nie swoimi potrzebami.
I to już się nie zmieni, raz przebudzeni ludzie nigdy nie zasną z powrotem.





Komentarze