top of page

Dzień Objawienia - jak zawsze subiektywnie.

  • 15 cze
  • 4 minut(y) czytania

W niedzielę wybraliśmy się do kina na Dzień Objawienia, Stevena Spielberga.


Hmmm..

Od czego zacząć.. Może od tego, że od kilku lat idąc do kina non stop potykam się o coraz większe szmiry i gnioty. Przez ostatnie kilka lat jedyne filmy jakie mi się podobały, to obydwie Diuny, Batman, F1, Norymberga.. to chyba byłoby na tyle, reszta filmów, szczególnie Ridleya Scotta mogłyby być używane zamiast lobotomii. Dlatego niczego wielkiego się nie spodziewałem po filmie Spielberga. I muszę powiedzieć, że Spielberg mnie zaskoczył, nakręcił takiego gniota, iż tak wysoko postawił poprzeczkę, że ciężko będzie komuś poza Patrykiem Vegą oczywiście, ją przeskoczyć.

No i na tym mógłbym zakończyć tą pisaninę. Jednak jeśli ktoś jest ciekawy zapraszam do tekstu.


Przede wszystkim Spielberg do końca nie wiedział jaki właściwie chce nakręcić film, religijny, psychologiczny, z przesłaniem, science fiction, akcji czy kij wie jaki. Jak widac skłaniał sie najbardziej do opcji, kij wie jaki. Więc wziął po trochę z wszystkiego, wrzucił do pojemnika i potraktował blenderem. W efekcie powstała niestrawna, powodująca odruchy wymiotne, brązowa papka przypominająca bullshit.


Zanim przejdę do fabuły, muszę napisać o grze aktorskiej, gdyż mnie powaliła.

Główny bohater, niejaki Kellner jest groteskowy. Ze swoimi odstającymi jak u Plastusia uszami, przez cały film, chyba dla dodania dramatyzmu, ma minę jakby miał permanentne zatwardzenie, w krótkich epizodach, kiedy miał okazać radość, wyglądał jakby po tygodniu zrobił w końcu klocka. Znacie te uczucie wielkiej ulgi? To właśnie on tak miał, szczęśliwy ale nie do końca, bo się boi, że zatwardzenie może się zmienić w sraczkę, więc tak do końca nie wie czy się cieszyć, czy raczej martwić.


Przedstawiciel dobra, Hugo, też był świetny. Ten z kolei miał przedstawiać nieustającą wiarę w przyszłości i szczęście, w wyniku czego przez cały film miał minę jak niedorozwinięty wioskowy głupek.


Do tego dochodziło przedstawienie zdziwienia i zaskoczenia. Spielberg jak widać zakochał się w swoim Parku Jurajskim. Pamiętacie jak ta doktor zareagowała gdy po raz pierwszy zobaczyła Brachiozaura. Po prostu stanęła z rozdziawionym pyskiem. Ujęcie tak się widać Spielbergowi spodobało, że teraz przez dwie i pół godziny, widzimy nic innego jak rozdziawione w nieskończonym zaskoczeniu mordy, białe, czarne, stare, młode, damskie, męskie. Stada zaskoczonych głupków z wiecznie rozdziawionymi pyskami.


Ale najlepsza jest fabuła. Powiem tak, przez pierwsze dwie godziny nie wiedziałem o co właściwie chodzi. To znaczy zauważyłem, że o kosmitów. Powaliła mnie laska z przesłaniem religijnym, że jeżeli się ludzie o tym dowiedzą to stracą wiarę w Boga.

Hmm… serio?

Nie wiem dlaczego miałbym stracić wiarę w Boga dowiadując się, że na ziemię od 70 lat latają ufoki niewiele wyższe od mojego taboretu, które od 70 lat przelatując przez pół galaktyki wiecznie rozbijając się na Ziemi - nie wiem, hamulce mają nie teges, a może klocki hamulcowe nie te, no bo ileż można, co więcej, od 70 lat wiecznie są poddawani eksperymentom medycznym. Całe szczęście nie są molestowani seksualnie.

Tak przy okazji, dlaczego Ufoki zawsze wyglądają jak ludzie z gałami wielkości reflektorów w mojej Alfie i łbami rozdętymi jak balony? Serio nie można wymyślić czegoś innego?


Ale wracam do fabuły. Cały film się gonią. Wielka agencja poluje na naszych bohaterów. Ci robią wszystko aby ich można było namierzyć, a komandosi nie dosyć, że są ślepi i głusi to w dodatku upośledzeni intelektualnie. Nie wierzycie? No to przykład.

Emily Blunt ma puścić przekaz do ludu pracującego planety Ziemia. Ubrana na czarno ekipa podjeżdża pod studio filmowe. Oczywiście zamiast zrobić wjazd na chatę i wystrzelać jak rasowe schwarz charaktery całą ekipę, to oni grzecznie czekają na zewnątrz patrząc przez szyby. Potem postanawiają odciąć zasilanie. Spoko. Komandosi pięknie wjeżdżają, zakładają efektowne ładunki i rozpieprzają elektrownię w drobny mak. W tym czasie w studio pani mówi, nie stresować się zaraz włączą się generatory. Po pięciu sekundach wszystko wraca do normy. Starsza bandytów wtedy podchodzi i pociąga wajchę wyłączając prąd. Ja prdl. Serio. To po kiego wała głąby wysadzały energetykę skoro wystarczyło pociągnąć wajchę?

No ale po iluś minutach udało im się sforsować szklane drzwi i wjechać do środka. Co z tego jak zaraz zabrali manatki i po prostu wyszli.


Ale to nie wszystko. Idzie sygnał z niesamowitymi filmikami poddawanych badaniom ufoków. I nagle cały świat zaczyna to transmitować. Prezenterka aż się rozpłakała widząc badanych kosmitów, skoro że tak nie płakała na widok mordowanych ludzkich dzieci w Gazie.

No i świat.

Cały świat zszokowany patrzy w telefony i biadoli nad biednymi ufokami. Wow. Ze wzruszenia aż mnie zemdliło, do teraz mi się odbija.

Ale najlepszy jest koniec.


Nie czytać jak nie chcecie wiedzieć.


Na koniec na wózku wjeżdża stary ETiego. I znowu wszyscy się wzruszają.


Powiem tak, film jest przeznaczony dla odmóżdżonych ludzi  z IQ na poziomie ameby, w trakcie oglądania żeby nie popełnić seppuku z nudów, jedynym ratunkiem było spoglądanie na zegarek i modlenie się o rychły koniec tej nędzy. Po wyjściu z kina potrzeba mocnego drinka aby dojść do siebie i odwrócić zmiany w mózgu następujące w wyniku jego oglądania.

Widać, że Spielberg jest kolejnym wypalonym reżyserem, który chciałby zarobić ale nie ma pomysłu jak to zrobić. Wziął więc ET, Bliskie spotkania trzeciego stopnia, Park Jurajski, Archiwum X i ulepił niestrawną, gównianą breję.


Film dla intelektualnych masochistów połykających prozac jak cukierki.



Komentarze


Kontakt

Thanks for submitting!

© 2023 by Train of Thoughts. Proudly created with Wix.com

bottom of page