Hanys na równiku, czyli Indonezja jak zawsze subiektywnie. Etap pierwszy. Rajskie plaże.
- 3 kwi
- 4 minut(y) czytania
Po dniu spędzonym w niezbyt urodziwej Jakarcie nad ranem przelecieliśmy do Gorontalo znajdującego się już na Sulawesi.
W tym dniu pojechaliśmy nad ocean aby spróbować ponurkować z rekinami wielorybimi. Na miejscu okazało się, że w okolicy znajduje się pięć sztuk. Wypłynęliśmy w ocean. Po założeniu maski i rurki zanurkowałem. Początkowo nic się nie działo, pomyślałem że tak jak już to w wielu miejscach bywało, miejscowi znowu zrobili nas w jajo.
I wtedy nagle pojawił się jeden. Ogromna gigantyczna ryba w cętki. W życiu nie widziałem tak wielkiej ryby, a były to młode sztuki. Jej pysk był moich gabarytów. Co zaskakujące pojawiały się nagle, jakby znikąd. Płynąłem, oglądałem się wokoło i nie było kompletnie nic, na chwilę odwróciłem głowę a obok mnie materializowała się gigantyczna ryba, po chwili pojawiała się druga, a czasami nawet i trzecia. To co mnie zaskoczyło, to fakt iż mimo swej wielkości, i pozornie wolnych ruchów, rekiny poruszały się z taką gracją, że przepływały pomiędzy nami unikając jednocześnie dotyku. Musiałem się bardzo postarać aby w końcu je dotknąć. Ich skóra nie przypominała rybiej, a bardziej bydlęcą. To było niesamowite wrażenie móc pływać wśród tych gigantów.
Po nurkowaniu i obiedzie poszliśmy fotografować miasto. Trafiliśmy na kolejną generalna próbę przed świętem niepodległości. Byliśmy bardzo życzliwie przyjmowani, nie było najmniejszego problemu robić zdjęcia w każdym miejscu poza jedynie placem apelowym.
Rano czekały nas dwa fotoreportaże. Najpierw pojechaliśmy do fabryki kredy. Gdy jechaliśmy wyobrażałem sobie typową fabrykę z maszynami, na miejscu okazało się, że kreda jest wydobywana ze wzgórza, przesiewana i wypalana w prymitywnych piecach opalanych drewnem. Przy okazji dowiedziałem się prawdy na temat cukru trzcinowego. Zapewne wielokrotnie słyszeliście, jaki to jest dobry i że jest o wiele bardziej eko od cukru z buraków cukrowych. Tymczasem miejscowi szybko nas wyprowadzili z błędu, okazuje się, że cukier z trzciny cukrowej ma postać gęstego soku, który właśnie przy pomocy tej kredy ulega reakcjom chemicznym w wyniku, których dostajemy ten brązowy cukier w sklepie dwa razy droższy od białego. To tyle w temacie zdrowotnej i smakowej przewagi cukru trzcinowego nad cukrem z buraków.
Po zrobieniu masy fotek udaliśmy się na targ rybny. W Indonezji naprawdę trudno robić zdjęcia naturalne, miejscowi jak tylko was zobaczą z aparatem, momentalnie zaczynają pozować. Zawsze uśmiechnięci uwielbiają gdy są fotografowani, lubią również fotografować się z nami, dlatego najlepiej zacząć od zrobienia fotek, które oni bardzo chętnie oglądają, a następnie ponownego ich robienia gdy już im się znudzi i wracają do zajęć. Na targu byliśmy trochę za późno, większość ryb już była sprzedana ale i tak udało mi się zobaczyć czyszczenie i porcjowanie tuńczyka.
Wieczorem udaliśmy się na prom, które miał nas zawieźć na wyspy Togian. Płynęliśmy całą noc. Przypomniał mi się Cejrowski i jego rejs po Amazonii. Tutaj było podobnie. Było kilka sal. Nasza ekipa spała w bardziej luksusowej, w której była klima i gaszono światło. W tych zwykłych światło świeciło się całą noc. Próbowałem spać na pokładzie. Noc była ciepła więc nie było problemu. Jednak silniki robiły taki hałas, że w końcu odpuściłem i zszedłem pod pokład. Na miejscu okazało się, że z mojego piętrowego łóżka (wszystkie łóżka były połączone), ktoś zakosił materac, więc musiałem spać na dechach.
O piątej rano obudziliśmy się i o szóstej zeszliśmy na pokład towarowy. Prom powoli przybijał do brzegu. Już na pierwszy rzut oka było widać, że cywilizacja się skończyła. Przystań była mała, miejscowi się rozeszli. Cisza, zachmurzone niebo, palmy tworzyły surrealistyczną scenerię. Ponownie nasunęły mi się skojarzenia z Amazonią i Indianami. Po zameldowaniu w biurze rządowym weszliśmy na wąskie łodzie stabilizowane pobocznymi belkami. Sternicy odpalili silniki i udaliśmy się dalej w dzicz.
Podczas rejsu towarzyszyły nam coraz piękniejsze widoki. Skały, przepiękna roślinność, w oddali wioski na palach i turkusowa, nieziemsko czysta woda. Po godzinie dopłynęliśmy do laguny. To miał być nasz nocleg przez cztery kolejne noce. Włascicielką domków była Rosjanka Irina. Mnie z kolegą przypadł pokój w domu na palach, z którego tarasu mieliśmy nieziemski widok na ocean. Z tyłu domu była dżungla. Wody bieżącej nie było i prysznic polegał na polewaniu się wodą z plastykowego zbiornika. Przez nasz pokój urządziły sobie tranzyt nietoperze, wlatywały z jednej strony a wylatywały z drugiej, ponieważ pod sufitem były puste przestrzenie. Ominęły nas jednak atrakcje w postaci krabów i pająków, które mieli w domach położonych niedaleko plaży. Pierwsza noc była ciężka, bo po blaszanym dachu biegały szczury, póżniej przestały na mnie robić wrażenie i spałem jak zabity.
Rano popłynęliśmy na Barracuda Beach. Plaże w tym miejscu są bajkowe. Pamiętacie Błękitna Lagunę? To właśnie tak wyglądają tutejsze plaże, palmy, czyściutki piasek, turkusowe przejrzyste morze i bajeczne rafy koralowe, wśród których uwijają się niezwykle kolorowe ryby. Przy okazji zauważyłem, że ryby na rafach są bardzo terytorialne i w jednym miejscu występuje tylko jeden gatunek. Popołudniu udaliśmy się do wioski nomadów Bajo, których opiszę osobno.
W nocy mieliśmy ulewę. Ulewa na równiku przypomina strumień wody z węża. To nie jest po prostu deszcz, to jest ściana wody. Rano popłynęliśmy nad jezioro Jellyfish Lake, słynne z tego, iż jest zamieszkane przez jedyny gatunek meduz, które straciły zdolność parzenia. Były bardzo ciekawe w dotyku i fajnie się zachowywały jak się je przesuwało naciskając kapelusz.
Po wspólnym pływaniu z meduzami, kolejna plaża, Karina Beach, chyba jeszcze piękniejsza od Barracudy Beach. Po południu kolejna wioska Bajo.
Kolejnym etapem był powrót do Togian a następnie speed boatem rejs do Ampany.





Komentarze