Hanys na równiku, czyli Indonezja jak zawsze subiektywnie. Jezioro Sengkang.
- 3 kwi
- 3 minut(y) czytania
Po ewakuacji z wesela ruszyliśmy w kierunku jeziora Sengkang.
Po drodze zatrzymalismy się jeszcze w warsztacie tkackim. Warsztat to była typowa osiemnastowieczna manufaktura. Jedwabne materiały były ręcznie tkane na drewnianych maszynach u nas znanych jedynie z ekspozycji muzealnych.
W ogóle Indonezja ma ogromny potencjał wzrostu gospodarczego, który może uzyskać nikłymi kosztami. Wynika to stąd, że większość prac, szczególnie w rolnictwie opiera się na nisko wydajnej pracy ręcznej, gdy choćby część tej pracy zostanie zmechanizowana potencjał Indonezji będzie rósł wykładniczo. Już obecnie Indonezja jest jednym z najszybciej rozwijających się krajów świata i zgodnie z przewidywaniami Banku Światowego do 2050 roku ma się stać piątą gospodarką świata. W Azji nie ma żadnych obciążeń socjalnych, wszyscy pracują ponieważ dobrze wiedzą, że w innym razie umrą z głodu, bo nikt im nic nie da. Poza wysoką kulturą pracy jest nieznany u nas kult edukacji. Dzieci idą do szkoły kilometrami, ponieważ jedynie dzięki temu mogą uzyskać awans społeczny. Gdy Azja upora się z największym problemem, który ją toczy, czyli korupcją, szybko wróci na pozycję, którą zajmowała przez całą historię poza ostatnimi dwustu laty.
Po wyjeździe z warsztatu udaliśmy się na przystań na kanale prowadzącym do jeziora Sengkang, gdzie mieliśmy nocować na tratwie. Ruszyliśmy łodziami. Początkowo płynęliśmy nieciekawym kanałem wzdłuż którego wyrosły nieciekawe i brudne drewniane domy na palach. Cały czas machali nam krzątający się obok nich ludzie. Wkrótce jednak domy się skończyły, kanał się znacznie poszerzył a brzegi zaczęły przypominać jakiś surrealistyczny krajobraz z gier komputerowych. Pojedynczy ludzie coś tam karczujący, płaskie przestrzenie z palącymi się i kopcącymi rzadkimi ogniskami, jakieś dziwne niby płoty a do tego co jakiś czas jakieś drewniane ni to szopy, ni to domy. Miałem wrażenie, że przeniosłem się do mojej ulubionej gry Diablo. Gdy zaczął zapadać zmierzch i nad wodą i brzegiem zaczęła zbierać się tłusta mgła, do kompletu zaczęło brakować jedynie jakichś wampirów lub innych makabrycznych stworzeń.
Po jakimś czasie wpłynęliśmy na taflę ogromnego jeziora, brzegi gdzieś tam majaczyły w oddali, a ja wiercąc się na chybotliwej wąskiej łodzi miałem tylko nadzieję, że ta się nie wywróci i nie będę musiał nurkować za sprzętem.
Po pół godzinie ukazały się nam jakieś domy na środku wody, gdy podpłynęliśmy bliżej okazało się, że stoją na tratwach. Do jednego z nich przybiliśmy. Ponieważ było nas ośmioro szybko podholowano kolejny. To miał być nasz dzisiejszy nocleg. Szybko zapadł zmrok. Zasiedliśmy do przygotowanej kolacji w postaci zupy, ryżu, pieczonej ryby i kawałków kurczaka. Wszystko popiłem piwem z kontrabandy.
Nasz nocleg był w głównym pokoju, całkowicie pozbawionym sprzętów i wyłożonym jedynie kilkoma matami. Gospodarze spali w kuchni za przepierzeniem. Nocleg jak nocleg, jestem przyzwyczajony do różnych warunków więc nie robił na mnie wrażenia. Problem robiła jedynie ubikacja. Na jednej tratwie była to zamknięta blachami klaustrofobiczna dziura w podłodze, na drugiej składająca się z blach sięgających piersi dziura bez dachu. Dziękowałem Bogu, że jestem facetem, nie chce mi się dwójki i mogę się obyć bez tych dobrodziejstw rezygnując z pośrednictwa dziury i robiąc swoje bezpośrednio z pomostu do jeziora.
Podziwiałem tych nomadów żyjących z dala od cywilizacji na środku tego jeziora.
O dziwo szybko zasnąłem. Obudziłem się nad ranem. Czekał nas przepiękny świt słońca. Chmury powoli się uniosły, a my po wypiciu przesłodzonej kawy i zjedzeniu pieczonych bananów udaliśmy się do łodzi.
Tym razem towarzyszyło nam wodne ptactwo siedzące zarówno na roślinach jak na na wszelkich wystających pniach.
Zaczęliśmy wracać. Po dopłynięciu do przystani udaliśmy się do Rantepao, gdzie czekało na nas clue wyprawy, czyli uroczystość Ma Nene i pogrzeby Torajów.





Komentarze