Hanys na równiku, czyli Indonezja jak zawsze subiektywnie. Szamani Bissu i piąta płeć.
- 3 kwi
- 3 minut(y) czytania
Rano wyjechaliśmy z Rammang Rammang i ruszyliśmy w dalszą podróż. Jednym z przystanków miał być fotoreportaż u szamanów Bissu.
Szamani Bissu tworzą piątą płeć. O ile trzecia i czwarta to transseksualiści, czyli kobiety uważające się za mężczyzn i mężczyźni uważający się za kobiety, to żeby zostać Bissu należy doznać objawienia we śnie a następnie przejść proces inicjacji polegający na kilkudniowym całkowitym poście oraz leżeniu w bezruchu, w stanie pewnego rodzaju medytacji. Ważne jest to, że Bissu muszą zachowywać czystość seksualną, co chyba niezbyt im wychodzi ponieważ często umierają z powodu AIDS.
Gdy usłyszałem o nich, szczerze powiedziawszy spodziewałem się cudaków znanych z parad równości lub innych dziwacznych tęczowych występów, na miejscu jednak bardzo się zdziwiłem. Przede wszystkim Bissu nie mogąc wykonywać zwykłych zawodów i znajdując się de facto poza nawiasem muzułmańskiego społeczeństwa, aby mieć środki utrzymania zajmują się fryzjerstwem oraz organizacją wesel. Dlatego dom Bissu przypominał magazyn teatralny, z całą masą akcesoriów, strojów, rekwizytów, ozdób, maszyn do szycia itp. W ogóle nie przypominał zwykłego domu. W środku przywitał nas Bissu. Byłem zaskoczony. Na fotelu siedział zwykły, dobrze zadbany i starannie uczesany… facet. Kolega zwrócił uwagę, że chyba miał zrobiony biust, ale w luźnym ubraniu nie było to jednoznaczne i mogło wynikać z lekkiej nadwagi. Bissu poczęstował nas ciastkami, które wniosła ładna kobieta w średnim wieku. Zaczął nam opowiadać o tym co robi, o swoim życiu. Po chwili przybyło jeszcze dwóch kolejnych. Jeden dosyć otyły z pomalowanymi ustami, drugi szczupły w dosyć podeszłym wieku. I ponownie, żadne dziwadła, zwykli faceci ubrani w regionalne kolorowe stroje, które zresztą ubrali specjalnie dla nas. Okazało się, że nie znają nie dosyć, że angielskiego, to nawet indonezyjskiego. Obydwaj w odróżnieniu od naszego gospodarza klepali biedę, dlatego nasz przewodnik poprosił nas o to aby raczej dać pieniądze temu najbiedniejszemu.
Bissu podczas dyktatury Suharto byli prześladowani i wielu z nich zginęło. Teraz mimo braku prześladowań zaczynają zanikać. W tym rejonie Sulawesi zostało ich jedynie siedmiu, w sąsiednim około dziesięciu. Najmłodszym Bissu był nasz gospodarz, który został nim 23 lata temu, od tamtego czasu nie było już żadnego nowego Bissu.
Poprosił nas abyśmy opowiedzieli w świecie ich historię, o ich życiu, o tym kim są, żeby pamięć o nich nawet gdy już ich nie będzie nie zanikła.
Gdy większość grupy poszła robić zdjęcia z przebranymi Bissu, zostaliśmy w trójkę z gospodarzem, który ubrał specjalny kapelusz i zaczął dla nas tańczyć abyśmy mogli mu zrobić zdjęcia. Muszę przyznać, że całkiem ładnie mu to wychodziło.
W nagrodę Bissu zaprosił nas na miejscowe wesele, którego był organizatorem. Pojechaliśmy za nim. Pierwszy raz w życiu byłem na muzułmańskim weselu. Młodej pary jeszcze nie było. Zaskoczeniem dla mnie było, że goście reprezentujący weselne strony ubrani byli jednakowo. Wszystkie kobiety z danej strony miały te same szaty. Mężczyźni czekali przed salą, kobiety siedziały w środku. Dwóch DJów prowadziło imprezę. Po chwili pojawili się oficjele, przede wszystkim policjanci i inni mundurowi. My byliśmy witani jak jacyś ważni goście. Nakarmiono nas i cały czas robiono sobie z nami zdjęcia. Ciekawie zachowują się Indonezyjki. O ile w innych krajach muzułmańskich kobiety są całkowicie podporządkowane mężczyznom, to Indonezyjki mają bardzo swobodne zachowanie. Właściwie robią co chcą. Gdy siedziałem i jadłem obiad, nagle poczułem że ktoś mnie dotyka, okazało się, że jedna zaczęła mnie obejmować w pasie, a w tym samym czasie druga robiła nam zdjęcia. Kolejne się śmiały. Po niej zaczęły się ustawiać kolejne. Faceci w tym czasie się nie ustawiali, ale z uśmiechem pozowali mi do zdjęcia. Ich zachowanie w ogóle nie przypomina tego, które znamy z Bliskiego Wschodu. Przede wszystkim się uśmiechają, pozują do zdjęć. Zresztą mężczyźni robią to samo.
W końcu musieliśmy uciec z tego wesela, mimo że gospodarze namawiali nas do zostania. Niestety gonił nas czas, musieliśmy jechać. Przed wyjściem czekała nas jeszcze sesja zdjęciowa z oficjelami, która wykonał jeden z mundurowych.
Pojechaliśmy dalej, dzisiaj mieliśmy spać na tratwie na wielkim jeziorze.





Komentarze