Hanys na równiku - czyli Indonezja jak zawsze subiektywnie. Ruch drogowy.
- 3 kwi
- 5 minut(y) czytania
Pod koniec sierpnia wróciłem z najbardziej unikatowej wyprawy w swoim życiu. O wyprawie w dżunglę może nie tyle marzyłem, co gdzieś tam w myślach miałem nadzieję, że może kiedyś przeżyję coś podobnego co Cejrowski lub Tony Halik. Wiecie, to takie marzenie, co do którego jesteśmy pewni, że nigdy nie uda się go zrealizować, a tu nagle Pakuj Plecak organizuje wyprawę i to fotograficzną w najdziksze regiony Indonezji na Sulawesi, czyli Celebes. Muszę przyznać, że niewiele się zastanawiałem i dopiero po zapisaniu i opłaceniu zaliczki zacząłem myśleć, co ja właściwie zrobiłem.
Ponieważ jechałem w te rejony po raz pierwszy, kompletowałem sprzęt i pakowałem się zgodnie ze wskazówkami. Okazało się, że dużo maneli było w ogóle niepotrzebnych lub bezsensowych. Przykład? Sznur na pranie i proszek. Spróbujcie tam cokolwiek wysuszyć jak wilgotność przebija nasze wyobrażenia. Koszulki schły po kilka dni a i tak nigdy nie wysychały całkiem. O dziwo, lepiej spisywały się bawełniane niż techniczne, te ostatnie zdawały się wciągać wodę z powietrza i często po suszeniu na zewnątrz były bardziej wilgotne niż przed suszeniem. Przypomniała mi się sytuacja z Tajlandii i Indii, z tym, że w Tajlandii byłem podczas monsunu.
Jedyne czego się bałem to stan aparatów fotograficznych, obiektywów i reszty osprzętu, ale ostatecznie okazało się, że żadnych problemów nie było.
Początek podróży to dwa loty Qatarem, pierwszy z Warszawy do Dohy a następnie dziewięciogodzinny z Dohy do Jakarty, gdzie mieliśmy pauzę na dzień i noc.
O Jakarcie wiele słyszałem jeszcze przed lotem i muszę przyznać, że okazało się to prawdą.
Jest to gigantyczne miasto. Można powiedzieć, że typowo azjatyckie. Niemal trzydzieści milionów mieszkańców, czyli ponad trzy czwarte populacji Polski stłoczone w ramach jednej aglomeracji. Poniekąd przypominało mi New Delhi i Bangkok, z tym że Delhi bardziej. Ten wszechogarniający bałagan. Napisałem bałagan? Pomyłka. Burdel jest bardziej adekwatnym określeniem. Chaos, śmieci, syf dookoła i wszechobecny słodkawy smród kojarzący się ze śmietnikiem, oraz oczywiście smog spalin. Do tego upał ponad trzydzieści stopni i ogromna wilgotność. W odróżnieniu jednak od Delhi nie widać tutaj żebraków a przede wszystkim żebrzących dzieci. Nie widziałem również śpiących na ulicach bezdomnych ani szwendających się bez celu krów. Brak żebrzących dzieci, żebraków i bezdomnych, to efekt islamu. W żadnym kraju islamskim nie widziałem żebraków ani bezdomnych. Ale o religiach będę pisał kiedy indziej. Wracam do Jakarty. W odróżnieniu od Delhi ma tylko jedną rachityczną linię metra, co z kolei upodobnia ją do równie gigantycznego Bangkoku.
Mimo wszystko lubię miasta Azji. Są inne. Gdy nasze europejskie przypominają emerytów poruszających się na balkonikach, to azjatyckie przypominają uwalonego brudem, nadpobudliwego wyrostka, którego wszędzie pełno. Może i jest brudny, może i śmierdzi, ale nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu kilku minut. W Azji czuć, że miasto żyje, że jest niemal żywym organizmem. Ono pulsuje, rośnie. Czuć w nim energię.
Kiedyś podobno Jakarta była podobna do Amsterdamu, co wynikało z tego, iż Indonezja była kolonią holenderską. I rzeczywiście znajduje się w niej masa kanałów. Na tym podobieństwo się jednak kończy, ponieważ kanały w Jakarcie zawalone są śmieciami, i wyglądem jak i zapachem przypominają wielkie ścieki.
Największym zaskoczeniem dla Europejczyków jest jednak ruch drogowy. W Indonezji nie wiem dlaczego mają ruch lewostronny, mimo iż to nie była kolonia angielska.
Na transport składają się przede wszystkim auta, motocykle, i tuk tuki (w odróżnieniu od Indii i Tajlandii tutaj to są motorowe riksze. Jest również jakiś tam transport publiczny, co widać po stojących na podwyższeniach przystankach, ale jakoś nie widać tych busów na ulicach.
W całej Azji, tam gdzie byłem (nie mam pojęcia jak jest w Chinach), poza Japonią i Koreą, ruch drogowy powoduje, że Europejczykom jeżą się włosy na głowie. Nie ma czegoś takiego jak pasy. Wszyscy po prostu jadą ta gdzie jest miejsce. Nie ma czegoś takiego jak pierwszeństwo, każdy nagle wjeżdża na ulicę. Czerwone światła jak się okazało nie są przepisem lecz tylko sugestią. One sugerują, że można by się ewentualnie zatrzymać ale niekoniecznie. Nie ma czegoś takiego jak pierwszeństwo pieszych lub rowerzystów, w ogóle rowerów nie widziałem. Jeśli piesi chcą przejść na drugą stronę muszą się po prostu wbić pomiędzy samochodami.
I wiecie co jeszcze?
Nie ma w ogóle policji drogowej. W ogóle.
Pozorny chaos pogłębiają wszechobecne motocykle, które pojawiają się jak insekty wszędzie dookoła. Na motocyklach kask ma tylko kierujący, pasażerowie rzadko. Mało tego, myśleliście, że motocykl jest pojazdem dwuosobowym? Błąd. Sam tam jechałem w trójkę, a miejscowi jeżdżą i w piątkę. Przed kierowcą jedno dziecko a za nim drugie, żona a niekiedy nawet trzecie jak się zmieści. Wszyscy bez kasków. Co więcej, często kierującymi są również same dzieci.
Wiem co pomyślicie. Nie ma znaków drogowych, światła są sugestią, nie ma policji, nie ma typowego pierwszeństwa, boże ile tam musi być wypadków.
Powiem szczerze, nigdy w Azji, poza zeuropeizowaną Turcją nie widziałem ani jednego wypadku. Ktoś powie, że może mialem szczęście, ale po pierwsze czytałem książkę męża polskiej ambasador, który nie widział wypadku przez kilka lat, to samo powiedział mi żyjący tam przez kilka lat kolega i dodatkowo na żadnym aucie nie widziałem zarysowań, wgnieceń i jakichś tam śladów stłuczek, które widzę na codzień na swoim własnym osiedlu i w garażu podziemnym.
Jak to możliwe, że bez miliona bzdurnych regulujących wszystko przepisów trzydziestomilionowe miasto może się obejść bez drogówki i nie widać stosów przejechanych ludzi na ulicach?
Odpowiedzią są sami użytkownicy dróg. Nadmierna regulacja przepisami odmóżdża ludzi, tworzy z nich idiotów. Jeżeli wbijają ci do głowy, że masz jako pieszy lub rowerzysta bezwględne pierwszeństwo, to wchodzisz jak idiota prosto pod auto, jeżeli jednak go nie masz to dokładnie patrzysz co się dzieje na ulicy a nie w telefonie zanim wejdziesz na jezdnię. Jeżeli wiesz, że w każdej chwili z bocznej drogi ktoś ci może wyjechać, to jedziesz po pierwsze wolniej, a po drugie patrzysz co się dzieje. Dodatkowym ułatwieniem są klaksony. W Azji klaksony są niezbędnym elementem ruchu drogowego. Gdy zaczyna ktoś wyprzedzać daje jeden sygnał, wyprzedzany kierowca wtedy nie przyśpiesza i nie zajeżdza drogi, czyli odwrotnie do tego co w Polsce jest nagminne. Gdy brakuje widocznej reakcji, klakson jest podwójny. Gdy się zbliża do punktu gdzie nie widać nadjeżdżającego z naprzeciwka, znowu naciska się klakson, ostrzegający przed tym, że się nadjeżdża, dzięki czemu nie ma co trochę czołówek na tych wąziutkich drogach. Jeśli ktoś się włącza do ruchu również zaczyna od klaksonu. Dzięki temu ruch drogowy w Azji przypomina wielki żyjący wiecznie trąbiący organizm. Najtrafniejszym porównaniem będzie układ krwionośny.
To, że nie ma wypadków to zasługa tego, że po pierwsze kierujący myślą a po drugie są uprzejmi w stosunku do siebie. Nie ma tam czegoś takiego jak znane z naszych dróg śpiące królewny, czyli idioci, którzy jadą wolno ale gdy są wyprzedzani nagle zaczynają przyśpieszać. Zamiast blokować i robić na złość Azjaci po prostu przepuszczają lub wpuszczają innych kierowców. Dodatkowo na ulicach są ludzie, którzy za drobne napiwki zatrzymują ruch umożliwiając pojazdom z bocznych dróg lub parkingów włączyć się do ruchu, za co póżniej dostają drobny hajs. Celem ruchu drogowego w Azji jest jak najszybsze dotarcie do celu a nie leczenie męskich kompleksów.
Ruch drogowy w Azji jest największym przykładem, że nadmierna liczba przepisów zamiast coś poprawiać prowadzi jedynie do odmóżdżenia ludzi i do większych utrudnień. Azja jest przykładem, że ludzie nie potrzebują być traktowani jak dzieci aby samodzielnie utrzymywać wyglądający na pozór jak chaos, porządek.





Komentarze