top of page

Indie comeback - zapiski z podróży. Edukacja, czyli tu się nic nie zmienia.

  • 27 lut
  • 3 minut(y) czytania

Pierwszym naszym postojem była Agra, do której dojechaliśmy bardzo dobrą sześciopasmową autostradą. Po drodze zatrzymalismy się na postoju, w którym poczuliśmy się jak w Europie, z Burger Kingiem, KFC, Subwayem. Dzień później właśnie na niej zginął w wypadku polski steward z Lotu.


Sama Agra powitała nas luksusowymi hotelami i jasno oświetlonymi alejami.

Rano ruszyliśmy w kierunku naszej pierwszej destynacji, którą była szkoła.

Indie są dziwnym tworem w XXI wieku, jedynym chyba krajem, w którym nie dosyć, że nie ma obowiązku szkolnego, to w dodatku państwo ma kompletnie wywalone na edukację. Jest to zupełnie inne podejście niż w Indonezji, Nepalu, nie mówiąc już o Japonii i Korei. 95% szkół w Indiach to szkoły prywatne, jedynie 5% to szkoły publiczne. My udaliśmy się do jednej ze szkół prywatnych.

Przywitał nas jej dyrektor a jednocześnie właściciel. Zaskoczyło mnie to, że doskonale mówił po polsku. Po chwili wszystko się wyjaśniło. Dyrektor studiował i mieszkał w Polsce przez 30 lat. We Wrocławiu obronił doktorat z chemii i był wykładowcą na uczelni dla obcojęzycznych studentów. Szczęka mi opadła gdy się okazało, że doskonale wie gdzie są Piekary Śląskie.


Szkoła była złożona z czterech budynków rozmieszczonych wokoło dwóch większych i jednego mniejszego placu. Klasy wyglądały jak sprzed stu lat. Stare ławki, zużyte tablice, niewiele pomocy dydaktycznych.

Kształci uczniów na dwóch poziomach, szkoły podstawowej i szkoły średniej. Razem to dwanaście lat nauki, aczkolwiek część uczniów uczy się dłużej ze względu na problemy z nauką, a część krócej z powodu braku pieniędzy. Dwie klasy miały zajęcia na zewnątrz tuż obok siebie. W sumie zważywszy na temperatury świetny koncept tylko nie wyobrażam sobie wzajemnego przeszkadzania.


Uczniowie muszą samodzielnie kupić sobie mundurek i książki, oraz zapłacić czesne. Koszt nauki jednego ucznia waha się od 600 do 1200 złotych rocznie, w zależności od klasy. W kraju, w którym setki milionów ludzi zarabiają do 200 złotych są to gigantyczne wydatki.

Pensja nauczyciela w szkołach państwowych wynosi w przeliczeniu na złotówki od 4000 do 5000 tysięcy, co przy indyjskich poziomach cen jest bardzo wysoką kwotą. W szkołach prywatnych pensje są różne. Nauka kończy się tak jak u nas maturą, poprzedzoną próbnymi maturami w czwartej i w drugiej klasie liceum.


Na pytanie jakie zawody są najbardziej dochodowe w Indiach, usłyszeliśmy, że politycy, prawnicy ale przede wszystkim lekarze.

I tu pojawia się ciekawa rzecz. O ile AI na pytanie o długość studiów medycznych w Indiach poda wam 5,5 roku, to zarówno dyrektor jak i artykuły, podają jedynie trzy lata. Trzy lata !! Tyle trwają studia medyczne w Indiach.

Ale problem jest większy. Indie są przeżarte korupcją do szczętu. Ogromna liczba tych dyplomów lekarskich, to dyplomy kupione. Do naszego gospodarza rocznie zgłasza się ponad 1000 ludzi chcących uzyskać od niego zaświadczenia o ukończeniu studiów w Polsce. Takie zaświadczenie kosztuje kilka tysięcy dolarów, oczywiście, nasz gospodarz jest kryształowo czysty i podobno zawsze odmawia.


Gdy go zapytałem jaka jest szansa, że po ukończeniu szkoły jego uczniowie wyrwą się z otaczającej biedy i będą żyli lepiej niż ich rodzice, odpowiedział, że żadna. W Indiach liczą się przede wszystkim znajomości i pozycja. Nie miał najmniejszych złudzeń, że ukończenie szkoły zmieni cokolwiek w losie jego uczniów. Usłyszałem kolejny raz „To, są Indie. Tu się nic nie zmienia. Tutaj ludzi nie da się zmienić.”

Zadałem kolejne pytanie: Po co wobec tego im ta szkoła?

Nie potrafił mi odpowiedzieć.


Pochodziliśmy po szkole. Lekcje zaczynają się o 9 od apelu na największym dziedzińcu. Najpierw są modlitwy, póżniej odśpiewanie hymnu Indii, a na koniec wszechobecne w Azji wspólne ćwiczenia fizyczne, po których uczniowie rozchodzą się do klas.

Lekcje kończą się po dwunastej, co już wskazuje, że cała ta „nauka”, to bardziej kosmetologia niż prawdziwa praca. Wszystkich uczniów jest od 300 do 400.


Wróciliśmy do gabinetu dyrektora. Mówił o problemach finansowych, o potrzebach, prosił o pomoc. Słuchając go nie mogłem oderwać oczu od masywnych, złotych sygnetów na każdym palcu prawej ręki. A potem się dowiedziałem, że nasz bohater był trzykornie żonaty z różnymi Polkami, i w Polsce ma zarówno dzieci jak i wnuki, do których jeździ na dwa tygodnie, trzy razy w roku.

I gdy tak sobie zacząłem liczyć ile pieniędzy muszą go kosztować te podróże, prezenty, alimenty, gdy spojrzałem na złote sygnety i jego biedną, strapioną minę, mimowolnie zacząłem przeliczać ile dzieci rocznie miałoby opłaconą edukację za te pieniądze.


I tak zadałem sobie pytanie, czym on się różni od tych cwaniaków wysyłających dzieci na żebry do turystów. I oni, i on, dobrze żyją dzięki dzieciom, różnica jest taka, że oni to robią widocznie, po chamsku, on natomiast to robi subtelnie, zbierając na ich edukację. W rzeczywistości i oni i jemu podobni żerują na biednych dzieciach.


W dwóch istotnych sprawach jednak miał rację.

Po pierwsze, nie powinno się dawać żadnych pieniędzy na pomoc, ponieważ i tak zostaną rozkradzione a dzieci tego nie otrzymają.

Po drugie, To są Indie, tam się nic nie zmienia…



Komentarze


Kontakt

Thanks for submitting!

© 2023 by Train of Thoughts. Proudly created with Wix.com

bottom of page