top of page

Indie comeback - zapiski z podróży. Waranasi i Ganges, najświętsze miasto hinduizmu.

  • 3 mar
  • 4 minut(y) czytania

Rano po śniadaniu wyjechaliśmy na lotnisko w Khajuraho. Duże, nowoczesne lotnisko i… dwa samoloty w ciągu dnia. Dookoła wałęsający się bez celu personel starający się na siłę znaleźć sobie zajęcia udowadniające jego niezbędność.

Pierwsza kontrola bagażowa kilka osób, wejście do terminala kolejne osoby wskazujące rzeczy oczywiste. Druga kontrola bagażowa i opieczętowanie bagażu. Następnie odprawa, znowu kilka osób, przechodzimy dalej, bramki, znowu. Idziecie do ubikacji zaraz podrywa się gość i idzie z wami aby wam podać papier jak umyjecie ręce. Przy schodach ruchomych babka chodzi bez celu. Na zewnątrz, za oknem, dwudziestu techników ma jakieś zebranie, podczas którego ktoś im rozdziela jakieś prace, co w sumie trochę jest śmieszne, bo na lotnisku nie ma kompletnie żadnego samolotu.

Po godzinnym opóźnieniu nasz samolot w końcu wylądował. Teraz wszystko zaczęło się toczyć błyskawicznie, dopiero co jedni pasażerowie go opuścili, błyskawicznie nas załadowano i wylecieliśmy do Waranasi. Po wylądowaniu taksówki mogły nas podwieźć tylko do pewnego momentu, póżniej auta mają zakaz poruszania, więc wyszliśmy i ostatnie dwa kilometry musieliśmy przejść na nogach.



Niewyobrażalna rzeka ludzi, tysiące ludzi płynących w dwóch kierunkach. Pomiędzy nimi trąbiące tuk tuki i riksze. Niewiarygodny tłok i hałas. O dziwo w porównaniu do Delhi i Khajuraho w miarę czysto. W pewnej chwili tłok zniknął. Jest niedziela więc ludzi mniej. Skręcamy w ciasne uliczki. Wszędzie wałęsają się lub śpią bezpańskie psy, co jakiś czas pojawia się krowa. Wzdłuż uliczek sklepiki i różne warsztaty. Teraz trzeba uważać bo można wejść przypadkiem w kupę, ponieważ psy i krowy srają gdzie tylko się da. Docieramy do hotelu. Z zewnątrz taki se, ale pokój najlepszy z tych, które miałem. W końcu nie dosyć, że jest gorąca woda, to jeszcze na tyle duże ciśnienie, że mogę pod prysznicem nareszcie umyć włosy. Otwieram drzwi na balkon. Cały balkon ogrodzony metalową kratę, na dachu obok widzę makaki. Wszystko jasne.


Pod wieczór wychodzimy nad Ganges.

Zaraz przed nami ukazują się klatki i stosy pogrzebowe. Dwa ciała właśnie płoną, aczkolwiek trudno rozpoznać zwłoki. O dziwo nawet nie czuć zapachu spalonego ciała, ale ogólnie czuć i widać smog. W sumie taka cecha Indii, wszechobecny smog. W Waranasi jednak jest o wiele bardziej widoczny.


Powoli idę i robię zdjęcia. Pewne rzeczy inaczej sobie wyobrażałem. Przede wszystkim Ganges. Myślałem, że jest dużo większy. Oczywiście do ujścia jeszcze ma setki kilometrów, ale setki również za sobą. Indus nawet w górnym biegu był o wiele wiekszy. Kolejną rzeczą są stosy pogrzebowe. Okazuje się, że nie można palić zwłok gdzie się chce. W całym Waranasi są jedynie dwa miejsca z kilkoma klatkami i jednym owartym miejscem na stos. Na stos wobec tego stać jedynie najbogatszych. W każdej religii bogaci mają łatwiej a biedni trudniej, aby dostać się do bogów. Obok znajduje się wielka gazowa spalarnia zwłok dla biednych. Najbiedniejsi podobno wrzucają ciała zmarłych do Gangesu.

Wzdłuż Gangesu prowadzi jedna ulica, deptak. Po jednej i po drugiej stronie kwitnie handel. Co jakiś czas stoi namiot Baby, świętych mężów pomalowanych na biało popiołem ze zwłok. Nie pozwalają zrobić sobie zdjęć, no chyba że zapłacę, wtedy nie ma problemu. W Indiach wszystkie problemu znikają gdy się zapłaci. Zaczyna powoli zapadać zmrok. Ulica wije się pomiędzy Gangesem z jednej a kamiennymi gatami z drugiej strony. W niektórych są hotele, po 6000 złotych za noc. Czerwono-brązowe gaty są podświetlone żółtym światłem. Okno mają dopiero gdzieś na wysokości drugiego piętra. Poniżej jest gładki mur mający chronić miasto przed wylewami Gangesu.


Im ciemniej tym bardziej surrealistycznie to wygląda. Czuję się jak na jakiejś innej planecie, w innej cywilizacji. Muszę przyznać opanowała mnie magia tego miejsca. Dochodzę do miejsca, w którym grupują się wszystkie łodzie i statki. Na brzegu tysiące ludzi. Niewyobrażalny ścisk. Pięciu kapłanów zaczyna się modlić. To nabożeństwo oczyszczania Gangesu. Robię zdjęcia. Melodyka modłów kapłana przypomina chwilami nasze psalmy. Co jakiś czas dołączają się pozostali kapłani. Zaczynają używać kadzideł i świeczników. Uwielbiam takie uroczystości, jestem zauroczony. W końcu wracamy do hotelu. W wąskich uliczkach życie kwitnie. Po drodze restauracja. Przy schodach ostrzeżenie, że picie alkoholu grozi grzywną 1500 rupi. Pytamy kelnera czy jest piwo, odpowiada, że tak ale za 450 rupi, do tej pory z kontrabandy kosztowało 120-150 czyli jakieś sześć złotych.


Rano zaczynamy od rejsu po Gangesie. Widać palące się stosy pogrzebowe. Dookoła kąpią się ludzie, niektórzy nurkują, po środku rzeki płynie martwa krowa. Rzeka leniwym nurtem przesuwa wszystko na południe.

Nigdy w życiu nie czułem się tak wyobcowany jak w Waranasi. Zupełnie jakby ktoś mnie przeniósł na inną planetę. Do teraz mam wrażenie, że to był tylko sen.


Później zakupy i targowanie o cenę. Jak w krajach arabskich najlepszą cenę można uzyskać, jak się jest rzeczywiście zmęczonym i wychodzi się ze sklepu. Wtedy wiedzą, że tracą klienta. Udawanie znudzenia nic nie daje, doskonale wiedzą, czy udajecie, czy rzeczywiście już to macie gdzieś.


O 20 wychodzimy z hotelu i jedziemy na jeden z kilku dworców kolejowych. Czeka nas całonocna podróż do Delhi. Rano docieramy. Jesteśmy w tym samym miejscu gdzie zaczęliśmy.

Ponieważ Delhi już znam, biorę mapę, plecak, picie, aparat i idę do metra. Ostatni dzień poświęcam na wędrówkę po trzydziestomilionowym gigancie.



Komentarze


Kontakt

Thanks for submitting!

© 2023 by Train of Thoughts. Proudly created with Wix.com

bottom of page