Konklawe – jak zawsze subiektywnie
- Dariusz Zdebel
- 29 lis 2024
- 5 minut(y) czytania
Kilka dni temu wybrałem się do kina na film Konklawe. Ponieważ niemal wszystkie filmy, które ostatnio oglądałem w kinie były większymi lub mniejszymi katastrofami, poszedłem do kina bez jakichkolwiek oczekiwań. Już na wstępie zaskoczyła mnie na plus obsada gwiazdorska, Ralph Fiennes jako kardynał Lawrence, Stanley Tucci jako kardynał Bellini, John Lithgow jako kardynał Tremblay, Sergio Castellitto jako kardynał Tedesco, Lucian Msamati jako kardynał Adeyemi i Isabela Rossellini jako siostra Agnes.
Film jest oparty na książce Roberta Harrisa znanego z genialnego Vaterlandu. Fabuła filmu jak na to wskazuje tytuł dotyczy konklawe. Możemy się domyślać, że zmarłym papieżem był obecny Franciszek, który niejako zza grobu pociąga za niewidoczne sznurki. Widzimy trzy główne frakcje obecne w dzisiejszym kościele: modernistów, którym przewodzi kardynał Bellini, opowiadający się za obecną drogą Bergoglio, czyli ślubami homoseksualistów, komunią dla rozwodników, ograniczeniem populacji, uznaniem innych religii za równorzędne, czyli ogólnie za nowoczesnym Kościołem dla ludzie ale bez Boga. Drugą frakcją kieruje kardynał Tedesco, zwolennik obalenia reform Soboru Watykańskiego II, liturgii trydenckiej, języka łacińskiego i powrotu Kościoła do tradycji, w filmie jakby inaczej jest przedstawiony jako bardzo agresywny osobnik, tak w razie czego, żebyśmy go przypadkiem nie polubili. Kolejną opcją kieruje czarnoskóry kardynał Adeyemi, który również skłania się do powrotu do tradycji. Kolejnym ważnym kandydatem jest kardynał Tremblay, o którego poglądach raczej nic nie wiemy, pozy tym, że w celu zaspokojenia swej ambicji bycia kardynałem stara się skorumpować innych. Nad wszystkim jako dziekan czuwa kardynał Lawrence mający jakieś nieznane wątpliwości dotyczące wiary. Właściwie mamy przedstawione obecne frakcje w Kościele spersonifikowane jako konkretni kardynałowie. Przed samym konklawe pojawia się tajemniczy nowy kardynał promowany w tajemnicy przez papieża Benitez.
Jego postać jest od początku aż do końca absurdalna. Latynos, o wyjątkowych cechach indiańskich, który najpierw zajmował się Kościołem w Kongo, potem w Iraku a obecnie jest biskupem w Kabulu. Cała ta historia jest idiotyczna aż do bólu, jakimi chrześcijanami miałby się zajmować w najbardziej fundamentalistycznym islamskim kraju świata, jak Indianinowi udałoby się niby w tajemnicy funkcjonować w talibanie. Przecież rozpoznaliby go od razu. Kolejna rzecz, jak to możliwe, że nie wiedział o nim żaden kardynał afrykański, dlaczego miałby być promowany w tajemnicy przed wszystkimi. Opowieść tak absurdalna i nielogiczna, że aż razi. Całe szczęście przez większość filmu go nie widzimy, mimo wszystko jednak wiemy, że po coś tam jest.
Jest jeszcze kilka zgrzytów w tej opowieści. Jak na konklawe, Lawrence ma dziwnym trafem zbyt dużo kontaktów z światem zewnętrznym, ma dostęp do komputera, dostaje codzienne raporty, z których jednych bardzo chętnie słucha ale innych nie chce powołując się na zamknięcie konklawe.
Jednak przedstawienie samego konklawe to mistrzostwo świata. Widzimy sieć intryg, przechodzenie elektorów na drugą stronę, wywlekanie brudów. I tu reżyserowi udało dotknąć się sedna problemu. Jeśli ktoś myśli, że nad Konklawe czuwa Duch Święty to jest wielkim naiwniakiem. Intrygi towarzyszyły wyborowi Jana Pawła I, a po jego dziwnej i nagłej śmierci, gdy zaczął zajmować się pralnią pieniędzy mafii dla niepoznaki nazwaną Bankiem Watykańskim, Jana Pawła II, z kolei po jego śmierci do akcji przystąpiła grupa sama nazywająca siebie Mafią z St Gallen, a gdy nie udało jej się storpedować wyboru Ratzingera doprowadziła serią ataków do jego rezygnacji i wyboru Bergoglio. To co pokazał film to i tak jedynie fragment tego co się dzieje w Kurii Watykańskiej.
Niekatolickie natomiast było wystąpienie kardynała Lawrence’a mówiącego, że największym grzechem jest grzech pewności. To było takie nowoczesne, modernistyczne, bergogliowe ale nie katolickie. Jeśli duchowny nie ma pewności to znaczy, że nie wierzy. Jego wiara jest słaba a on sam powinien zastanowić się nad swoim powołaniem. Jeśli ktoś jest katolikiem to musi być pewny swojej wiary, a duchowny tym bardziej. Kolejnym powiewem modernizmu i bergoglionizmu było wystąpienie siostry Agnes, zarzucającej kłamstwo kardynałowi Tremblay. To wystąpienie było takie nowoczesne, takie hollowydzkie, takie wow, że aż śmieszne z powodu swej absurdalności.
W ogóle na Konklawe nie widzimy Boga, kardynałowie walczą ze sobą jak politycy, zdając się wyrwać przewodnictwo w Kościele. Harris dotknął tutaj sedna problemu, problemu o którym wszyscy wiedzą a Kościół zdaje się przykrywać wielgachnego słonia kocykiem. Problemem dzisiejszego Kościoła jest Sobór Watykańskie II i piętno modernizmu, to walka o to czy Kościół ma być apostolski czy cesarski, czy ma być z Bogiem czy może ma być przesiąknięty duchem humanizmu i nowoczesności.
Ostatecznie przewagę uzyskuje Lawrence, zwolennik Kościoła ludzkiego ale z piętnem braku wiary. Wstaje i idzie wrzucić kartkę ze swoim nazwiskiem. Przedtem oddaje przysięgę Bogu, że wybrał najlepszego kandydata.
I gdyby film zakończył się w tym miejscu napisałbym, że jest genialny, że dawno tak dobrego filmu nie widziałem. Niestety Harris postanowił dopisać hollywoodzką bajkę. Postanowił dodać morał tej opowieści.
W chwili gdy Lawrence oddaje głos następuje wybuch. W wyniku zamachów islamskich jeden z nich powoduje wyrwanie okna w Kaplicy Sykstyńskiej. Kto tam był to dobrze wie, że to bzdura i coś niemożliwego. Po przebiegu dalszej akcji możemy wnioskować, że głosowanie zostało przerwane. Znowu taka nowoczesna hollywoodzka bzdura.
Następnie mamy spotkanie kardynałów w sali kinowej, Tedesco obwinia za zamachy modernistów. Ponownie mamy do czynienia z irracjonalną sytuacją. Harris niekatolik chce pogrążyć tradycjonalistów, więc przestawia Tedesco jak jakiegoś współczesnego Piotra Pustelnika nawołującego do nowej krucjaty. Niestety to nie koniec bzdur.
W tym miejscu wstaje nikomu nieznany kardynał Benitez i zaczyna z boleściwą miną prawić komunały o wojnie i o tym jak to nieważna jest tradycja, nieważna jest historia Kościoła, ważne jest to jakim Kościołem będzie Kościół będzie w przyszłości, a to zależy tylko od nas. Od tej atmosfery szczęśliwości aż mnie zemdliło. Widać jasno, że Harris tak jak swojego czasu Brown, nie ma zielonego pojęcia o temacie, o którym pisze książkę i traktuje Kościół Katolicki jako swojego rodzaju NGOs, który można dopasowywać wedle uznania do swojego widzimisię. Nagle zrobiło się ciepło i fajnie..
Mamy kolejne głosowanie… i nagle nikomu nieznany Benitez tak ujął za serce kardynałów, że został wybrany na papieża. Zrobiło się tak słodko, tak słodziusio, tak słodziuteńko, tak hollywoodzko, tak zapachniało Kopciuszkiem, duchem świąt, Bambi, Małą Syrenką i w ogóle, że tak mnie zemdliło, że niewiele brakowało bym poleciał rzygnąć do kibla. Jak Harris mógł wpaść na tak kiczowaty, disco polowy, głupiutki pomysł. To tak jakbyście w Porsche zawiesili pod lusterkiem dyndające pluszowe kostki do gry.
Myślicie, że to koniec?
Otóż nie. Harris postanowił jeszcze coś dołożyć.
W rozmowie Lawrenca z Benitezem okazuje się, że ten jest obojniakiem. Tym razem Harris dołożył maksymalnie do pieca. Efekt murowany. Zupełnie jakby w Kaplicy Sykstyńskiej domalował tęczowego jednorożca.
To już nie mdliło to było śmieszne. Mógł to być świetny film o tym co się naprawdę dzieje w Kościele, o tym jak naprawdę wygląda każde konklawe. Mógł to być film o obecnej walce w Kościele. I w sumie taki był do chwili gdy Harris postanowił wkomponować doklejoną na siłę, bzdurną i irracjonalną postać Beniteza. Miał być genialny obraz a wyszedł szyty na siłę lewacki manifest woke.
Kończąc tą recenzję chciałbym przytoczyć słowa Erica Dooma, idąc do kina „Nie chcę szczęśliwego zakończenia, chcę wielkiego finału. Jak iluzjonista, którego sztuczki sprawiają, że otwierasz usta i przez chwilę wierzysz, że magia istnieje”.

Comments