Trump, Iran i inflacja.
- 10 mar
- 3 minut(y) czytania
Szybka i zwycięska kampania Trumpa, która miała przykryć wielkim sukcesem aferę Epsteina, zamieniła się w poważną wojnę mogącą wstrząsnąć systemami gospodarczymi i finansowymi Zachodu.
Stało się coś co należało przewidzieć, a dziwnym trafem umknęło Trumpowi, nastąpił paraliż transportu ropy i gazu z całego Bliskiego Wschodu. Izrael zbombardował irańskie instalacje do przetwarzania ropy naftowej, ktoś zbombardował zakłady Aramco, Kuwejt, Emiraty, Irak i Arabia Saudyjska ograniczają wydobycie ropy naftowej, Katar z powodu Wyższej Konieczności zawiesił wydobycie gazu. Żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawę Iran zablokował Cieśninę Ormuz a firmy ubezpieczeniowe, nie ubezpieczają tankowców i gazowców pływających po Zatoce Perskiej.
Stało się to, co w takiej sytuacji stać się musiało. Zgodnie z prawami rynku, czyli popytu i podaży nastąpił nagły skok cen ropy i gazu. Następnie ceny spadły, na skutki interwencji państw G7 i uruchomienia rezerw strategicznych, jednak nie ma opcji aby póki co, spadły do poziomu sprzed wojny. Również zadziałało prawo popytu i podaży, co jak zauważyłem jest całkowicie niezrozumiałe dla Polaków.
Ceny nie spadną bo spaść nie mogą. Wystarczy zrobić sobie dwa słupki na kartce, po jednej stronie wypisać popyt na ropę i gaz, który się nie zmienia bo zmienić się nie może, a po drugiej stronie podaż.
Ponieważ na Bliskim Wschodzie produkowana jest niemal jedna trzecia światowej ropy, więc gdy podaż przy niezmienionym popycie zmaleje o tą jedną trzecią, efektem musi być gwałtowny wzrost cen. Innej możliwości nie ma. Istotą problemu z jednej strony jest to, jak długo będzie trwała wojna, a z drugiej na jak długo wystarczą rezerwy strategiczne. Jeśli wojna potrwa dłużej niż możliwość uwalniania rezerw będziemy obserwować wzrost cen paliw porównywalny z kryzysem paliwowym na początku lat siedemdziesiątych.
I nic tego nie zmieni. Podstawowe prawo rynku jest tak samo niezależne od ludzkiego widzimisię, jak prawo powszechnego ciążenia. Można w nie nie wierzyć, co nie zmienia faktu, że nawet największy niedowiarek rozwali sobie łeb jak się nagle przewróci i walnie o glebę.
W tym miejscu pojawił się temat inflacji. Jak zawsze dochodzi do celowego pomieszania przyczyn ze skutkami. Przede wszystkim wiem, że to trudne do zrozumienia, szczególnie dla ekspertów, ale wzrost cen to nie inflacja, lecz skutek inflacji. Co oznacza, że nie każdy wzrost cen jest spowodowany lub powoduje inflację. Jeżeli nie zmieni się podaż pieniądza, a nastąpi wzrost cen wynikający ze wzrostu cen ropy, to skutkiem nie będzie inflacja, lecz mniejsza siła nabywcza ludności, czyli zmniejszenie konsumpcji, w wyniku tego produkcji i nieunikniona recesja. Po prostu ludzi będzie stać na mniej.
Jednak jeśli pojawi się inflacja, to nie będzie ona wynikać z wojny z Iranem i wzrostu cen ropy, tak jak nigdy nie było czegoś takiego jak putininflacja. Przyczyną inflacji bowiem zawsze jest spadek siły nabywczej pieniądza wynikający z jego nadpodaży. Tzw putininflacja wynikała z drukowania pieniędzy i zatrzymania gospodarki podczas kowidowej histerii. Znowu mamy podstawowe prawo rynku, czyli prawo popytu i podaży, jak jest czegoś za dużo, to jego cena spada, w tym przypadku dotyczy to ceny, a właściwie wartości pieniądza.
Rząd może jednak chcieć wykorzystać wzrastające ceny ropy i wynikające z tego inne wzrosty cen, jako przykrywkę do większej podaży pieniądza i zwiększenia obciążenia społeczeństwa ukrytym podatkiem wynikającym z inflacji.
Wzrost cen wynikający z wzrostu cen ropy nie przyniesie rządowi żadnych zysków ponieważ poskutkuje zmniejszeniem konsumpcji. Jednak gdyby w jego cieniu zwiększyć gwałtownie podaż pieniądza, co pozwoliłoby utrzymać konsumpcję na wysokim poziomie, wygenerowałoby to z jednej strony zwiększone wpływy z VATu i akcyzy, a z drugiej zmniejszyłoby realne obciążenia związane z wypłatą emerytur i pensji budżetówki.
Moim zdaniem bankrutujący rząd Tuska wykorzysta okno możliwości, które przynoszą mu wzrastające ceny ropy, pod ich płaszczykiem zwiększy podaż pieniądza, co przyniesie mu zwiększone wpływy budżetowe, zmniejszy realne obciążenia finansowe a przy okazji dostarczy medialną wartość dodaną w postaci wzrostu PKB, którego i tak nikt nie rozumie, ale wszystkim kojarzy się ze zwiększeniem bogactwa.





Komentarze